OD NARODZIN DO URODZIN 2

utworzone przez | Dom | 0 komentarzy

Sobota popołudnie. Końcówka 37 tc. Siedzę na fotelu, gdy nagle poczułam w krzyżu ból. Za chwilę poszłam tam, gdzie król chodzi piechotą… oj, poród już?

Jaś akurat miał drzemkę.

“Mati nie chce panikować, ale moim zdaniem już się zaczęło I trzeba zadzwonić po Twoją Mamę, żeby ewentualnie została z Jasiem”.

Mateusz, najpierw niedowierzał, potem się przejął tak, że plątał mu się język podczas telefonicznej rozmowy z położną Tereską, o której wspominałam podczas historii porodu Jasia.

“Co się dzieje?” zapytała położna.

Opisałam więc swoje samopoczucie i dolegliwości – identyczne jak przy pierwszym porodzie, stąd nie miałam zbytnio wątpliwości, że naprawde się zaczyna.

“Dobrze, weź nospę i ciepły prysznic i zobacz czy przejdzie. Poczekaj jeszcze, przyjedź do mnie w poniedziałek, zbadam Cię”. Nie chciało mi się wierzyć, że do poniedziałku nie urodzę, ale dobra, jak powiedziała tak zrobiłam.

Poniedziałek. Mateusz z samego rana odwiózł Jasia do Babci, a my pojechaliśmy zobaczyć się z położną.

“Właściwie, mogłabyś już rodzić, ale wolałabym, żebyś zaczekała. Naszykuj sobie walizki i przyjedź w piątek wieczorem, mam dyżur”.

Lekko zamotana, jak to, mogłabym już teraz rodzić?? Ale wolałam nie dopytywać, tylko posłusznie powiedziałam:

“Ok, czyli przyjechać w piątek już jak na poród? To by było właściwie zabawne, bo w piątek są walentynki, a moje dwie siostry cioteczne urodziły w walentynki, rok po roku, jedna syna a druga córkę, byłabym trzecia w rodzinie rodząca w tym dniu.” ( to byłoby niezgodne z moją zasadą nie wpychamy się w czyjeś święta! 😉 )

Wróciłam do domu, ale po drodze już miałam w głowie pełno zmartwień. Miałam wskazanie nic nie robić. Siedziałam sama w domu. Szafki aż krzyczały – posprzątaj mnie! Akurat miałam ochotę wziąć udział w wyzwaniu, jakie rzuciła Architekt Porządku. No, ale wolałabym sama nie zacząć rodzić w domu, więc posłusznie się położyłam i nie robiłam nic.

Przetrwałam cały poniedziałek. Przetrwałam też i wtorek. Jednak w nocy z wtorku na środę, Józio dał niezły popis swoich możliwości ruchowych.

Miałam już ochotę zacząć rodzić w domu.

Nie miałam wątpliwości, ale nie chciałam robić afery w środku nocy. Zwoływać Babci do Jasia, budzić położną. Za duże zamieszanie. Stwierdziłam, że postaram się zaczekać. Choć było ciężko.

Rano Józek się uspokoił, dolegliwości tylko jedne, ciągłe bieganie do toalety. Z rana też zadzwoniła do mnie położna, po moim nocnym sms-ie.

“Przyjedź dziś na 17 zbada cię lekarz I zadecyduje co robić. A I zjedz porządny obiad I zabierz walizki, możliwe, że dzisiaj będziemy witać dzidziusia!”.

Dzisiaj!?

Na serio ciężko mi było uwierzyć, że od tak mogę pojechać i urodzić, gdy naprawdę skurcze od soboty już odczuwalne nie były. Nie było bólu, tylko jakiś niepokój i intensywne wiercenie się dziecka. Tego dnia Mateusz pracował z domu, poprosiłam go żeby przed kolejnym spotkaniem podjechał szybko do najlepszej restauracji i przywiózł mi jakiś zestawik. Nie widziałam wtedy M, ale pomyślałam, że chętnie coś stamtąd zjem.  

Pojechaliśmy do szpitala. Trochę się zestresowałam, że poród może być tego samego dnia.

“Nie wiem Mati, jakoś się stresuje, że już dzisiaj mnie w tym szpitalu zatrzymają. No mam nadzieje, że nie karzą mi rodzić, bo po dzisiejszej nocy, nie mam sił na poród.”

Na miejscu okazało się, że już 6cm rozwarcia.

“No ja bym proponowała, żeby Pani została w szpitalu, w każdej chwili może się zacząć, i wody mogą odejść.”

Niechętnie ale jaki miałam wybór?

“Dobrze, zostanę.”

Na co Pani Doktor “a może chce Pani rodzić dzisiaj? Chce Pani?”

Padłam. No rozbawiło mnie to do łez. Zawsze wyobrażałam sobie poród, jak jedną wielką loterię, w której nie za bardzo możesz wybrać dzień, tylko w określonych przypadkach, a ja do takich nie należałam – tak mi się wtedy wydawało. I to pytanie czy ja chcę, nie wiedziałam, że mogę zdecydować, ale jak proponują to wolę urodzić, niż leżeć w szpitalu i czekać na poród.

“Mam rodzić dzisiaj, przyjmują mnie” mówie do Matiego. 

Wypełniałam dokumenty już przez jakiś czas. Jedyne co mi przeszkadzało to brzuch, bo przez niego nie dokońca dosięgałam do biurka. Pani rejestratorka patrząc na mnie zwątpiła.

“Ale my Panią przyjmujemy? Pani rodzi?”.

Na szczęście Pani doktor szybko udzieliła za mnie odpowiedzi.

“Tak, tak”

(zarówno w pierwszym porodzie jak i drugim trafiłam na moment w szpitalu– “ojej jak dużo jest dzisiaj rodzących!”

Dlatego Pani rejestratorka, nie widząc po mnie, że rodzę, z chęcią pewnie odesłałaby mnie do domu, bo łóżka tej nocy były naprawde cenne.)

Poszliśmy na KTG.

“O, idzie skurcz!” powiedział Mateusz.

“Serio?” zapytałam zdziwiona, bo naprawdę ich nie czułam, a jak już coś czułam to delikatnie.

Po KTG czekaliśmy już tylko na USG i naszą położną. Korytarz zaczął się zapełniać kobietami, niektóre do porodu, niektóre na sprawdzenie, czy wszystko wporządku z dzieckiem. A ja miałam tylko w głowie myśl, oby tylko mi teraz wody nie odeszły.

I nagle wielkie chlust!

Ufff na szczęście był to tylko dźwięk z rur kanalizacyjnych nad nami! 😀 Ale ja na serio chwilę się przestraszyłam.

Przyszła położna.

”Chcesz rodzić ze znieczuleniem czy bez?”

“Nie wiem, odpowiedziałam, skoro już 6cm a ja nic nie czuje, to nie wiem czy jest sens”.

Potem tylko się dowiedziałam od męża, że położna do niego podeszła i powiedziała:

“nie wie czy chce znieczulenie, to znaczy, że jest dobrze!”.

Było po 19. Weszliśmy na salę. Zostaje podłączona pod KTG. Gadamy, śmiejemy się. Ustalamy czy mam mieć znieczuelnie, uznałam, że narazie próbuję bez. Wysyłamy około 20tej ostatnie zdjęcie do Dziadków, którzy w tym czasie siedzieli z naszym straszym Synkiem.

“Dam Ci teraz nospę w zastrzyku i idźcie potem wziąć ciepły prysznic. I wróćcie spowrotem na sale”.

Weszłam do łazienki – sama – i nagle poczułam ból. I rwanie, ledwo docszłam do prysznica. Stękając próbowałam zawołać męża, ale ten już był w amoku – I siedział wychilloutowany, pogryzając snickersa i patrząc  w komórkę.

“To ja miałem iśc z Tobą?!”

Sama w to nie dokońca wierzyłam, że ten poród naprawdę się zaczął. Ale przynajmniej przez ból jaki się pojawił wiedziałam, że już na pewno rodzę. Stękając lekko wyszłam z łazienki  i powiedziałam:

“ja chyba chce znieczulenie”.

Ale położna spokojnie przekonała mnie, by spróbować jeszcze gazu czy piłki. Zgodziłam się. Piłka była naprawdę spoko! Ale też nieźle przyśpieszyła. Potem już tylko usiadłam na fotel i reszta działa się bardzo szybko. Ból był do zniesienia, gorzej ze mną, bo spanikowałam, przy oddechu. Żałowałam wtedy, że nie poszłam drugi raz na szkołę rodzenia, bo warto sobie odświeżyć pewne rzeczy.

“patrz na mnie i współracuj ze mną!”

Słowa Położnej szybko mnie oprzytomniły. Mąż oddychał mi do ucha, by pomóc mi wyrównać oddech.

21:20 Józek przywitał świat. A ja się śmieję, że nawet nie zdążyłam się spocić, bo nadal pachniałam po kąpieli.

Byłam w szoku, jak dobrze się czułam odrazu po porodzie, mając do porównania swój pierwszy poród ze znieczuleniem i przedłużająca się akcją. Nigdy nie myślałam, że spotka mnie zaszczyt szybkiego porodu.

Wracam do tego wspomnienia ze śmiechem i lekką tęsknotą. Bo było to naprawdę piękne doświadczenie!

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Justletter

Jeżeli chcesz się zapisać prosimy o podanie swojego adresu email:

WYJUSTOWANI

WYJUSTOWANI

Wyjustuj z nami i znajdź coś dla siebie.

Będziemy tu zapewne poruszać sporo rozmaitych tematów, naszym odwiecznym problemem jest mnogość zainteresowań, która utrudnia nam wybieranie co tak naprawdę  chcielibyśmy w życiu robić. Może pomoże nam w tym ten blog?

Jesteśmy już rodzinką 2+2. Choć można też napisać, że 3+1, bo w domu trzech chłopów I ona jedna!

Pin It on Pinterest

Share This