OD NARODZIN DO URODZIN

utworzone przez | Dom | 0 komentarzy

Zanim zaczęłam organizować dzieciom urodziny, najpierw musiałam je urodzić. Zapraszam na wspomnienia widzane moimi oczami z tego dnia.

Nie było to łatwe doświadczenie. Nie poród, a ciąża. Ciąże znosiłam naprawde źle. Moim marzeniem było urodzić.

Był 38 tydzień ciąży, a ja płakałam sama w domu, miałam poczucie, że już dłużej nie dam rady być w ciąży. Umówiłam się więc ze znajomymi, że przyjadą nas odwiedzić następnego dnia, żeby troche odciągnąć moją uwagę, od dłużących się ostatnich dni ciąży.

Wieczorem miałam mieć badanie KTG w swoim szpitalu, w którym był planowany poród. Wyszłam więc niechętnie z domu, ale po drodze uznałam, że posilę się jeszcze, w jakieś dobrej restauracji – zobaczyłam M pomyślałam „wejdę i zjem”. Choć i to nie było dokońca miłym doświadczeniem. Miałam wrażenie, że oczy ludzi wokoło mnie mówią:

“nie dość, że w ciąży, to jeszcze je takie świństwa. A poza tym, już jest taka gruba, straszne, jak tak można?”.

Także wmawiając sobie, że tak o mnie mówią, w pośpiechu zjadłam tylko kanapkę, a frytki schowałam do torby i jadłam w drodzę na przystanek – ewidentnie to były jeszcze czasy, gdy o wiele bardziej przejmowałam się zdaniem innych – dobra nadal się przejmuje, ale obok mnie jest bufor, mój mąż i lepiej sobie już z tym radzę.

Najedzona dojechałam do szpitala, właściwie oboje dojechaliśmy, bo Mateusz dołączył do mnie po pracy. Siedząc w poczekalni podszedł do mnie anestezjolog.

– “Co, na poród?”

– “Chciałabym, ale niestety nie, termin dopiero na za dwa tygodnie”

– “38tydzień? To można powiedzieć, że już jest Pani w terminie, mam nadzieje, że do zobaczenia!”

– “Do zobaczenia” odpowiedziałam, lekko pocieszona.

Wyniki badan KTG takie jak od tygodnia. Położna na parenaście minut zapisu zostawiła nas samych, po powrocie spojrzała na wyniki:

– “Nooo już porządne ma Pani te skurcze”

– “Właśnie, boje się, że nie rozpoznam kiedy się zacznie”

– “Spokojnie rozpozna Pani na pewno.”

Chwilę jeszcze porozmawialiśmy z naszą zaprzyjaźnioną położną, która właśnie rozpoczynała dyżur i wyszliśmy. Po drodze musieliśmy jeszcze zajrzeć do mojej liderki z pracy, bo miałam parę gadżetów, które powinny wrócić do budynku firmy, jeszcze przed porodem. Zadzwoniłam więc do niej domofonem. Zaoferowała, że może zejść po to na dół, bo oni mieszkają na 3 piętrze, a może już mi nie być wygodnie wchodzić, bo nie ma windy.

Oh jakaż była moja radość!

“Asia, ja wejdę na górę z chęcią! Mam nadzieję, że to przyśpieszy poród!”

Wypiliśmy szybką herbatę i padnięci wróciliśmy do domu.

Godzina 3 w nocy, obudziłam się, nic nadzwyczajnego pomyślałam wpierw, to już któraś noc w tej ciąży, gdy nie mogę spać. Jednak skurcze, były troche inne niż do tej pory. Poszłam tylko do toalety – coż, pęcherz w ciąży nie ma litości i chodzi się częściej niż do lodówki.

Wróciłam z nadzieją dalszego snu, ale ból nie pozwalał mi się już położyć. Ok, budzę Mateusza, nie mam wątpliwości, że się zaczęło. W przeciwieństwie do mojego męża, który w przerwach między częstymi skurczami, moniturouje sytuacje w specjalnej aplikacji, do liczenia skurczy, proponuje:

“może jeszcze poczekamy i sprawdzimy co mówi aplikacja, czy jechać do szpitala czy nie”.

Jednak moja reakcje przekonała go szybciej, niż aplikacja od skurczy i poszedł dzwonić po taksówkę i szykować torbę.

Pamiętam bardzo chciałam, żeby Pan taksówkarz nie zorientował się, że jestem w ciąży i rodzę, bo bałam się, że to on spanikuje bardziej, niż my. Gdy przejeżdżaliśmy przez przejazd kolejowy nie miałam złudzeń, że jednak wie.

– “Przepraszam, staram się jechać powoli I nie trząść zbytnio”.

– “Nic się nie stało” odpowiedziałam speszona.

W taksówce napisałam do położnej, o której wcześniej już wspomniałam, że się zaczęło I jedziemy. Z nadzieją, że zdąże urodzić jeszcze przed tym jak skończy dyżur.

Na miejscu wszyscy mile mnie przyjęli, podczas skurczów nikt mi nie kazał podpisywać dokumentów – miło. Aczkolwiek napewno w tym miejscu warto wspomieć, że nie był to szpital publiczny a prywatny, jeszcze wtedy istniejący. Tak, burżujsko zapłaciliśmy za poród naszego pierwszego dziecka. Jednak było ku temu pare powodów.

Nieraz byłam leczona w szpitalach NFZ i naprawdę nie chciałam przeżywać tej nerwówki w trkacie swojegon pierwszego porodu (bo tylko takie wspomnienia miałam ze szpitali). Jechałam, można powiedzieć w nieznane. Miałam rodzić po raz pierwszy I wolałam mieć sprzyjające warunki – dla choleryka to ważne, by w takim momencie nie wyprowadzić go z równowagi.

Stwierdziliśmy, że skoro na swoją pierwszą podróż poślubą, mogliśmy wydać niemałe jak dla nas pieniądze, to na podróż naszego pierwszego dziecka równieź możemy. Prawdopodobnie nadal bym odkładała na kolejne porody w tym szpitalu, ale już niestety nie istnieje, więc cóż, Józio miał już zaszczyt urodzić się w publicznej placówce – ale o tym napiszę innym razem.

Badanie wykazało ledwe 2 cm ….

“O mój Boże!”

Dobra biorę znieczulenie, tak jak wcześniej planowałam.

Poszliśmy na sale porodową. Po kolejnej szczegółowej ankiecie co, gdzie, jak, ile i dlaczego, przyszedł anestezjolog.

Tak, ten sam którego spotkałam wieczorem, pare godzin wcześniej.

Położna chciała mi go przedstawić, ale on przerwał I powiedziałmtylko “My już się znamy!”

Oh, znieczulenie było cudowne! Miałam wrażenie, że poraz pierwszy w tej ciąży odpoczywam. Nie wiem czemu, ale mam przypadłość, odczuwać w trakcie ciąży ból, poodbny, gdy jest się chorym na rwę kulszową. Gdyby nie fizjoterapia, to nie wiem jakbym dotrwała do końca tego pięknego stanu. A po znieczuleniu, nie czułam bólu w nogach. Leżałam i odpoczywałam

Nad ranem przyszła Pani Tereska i oznajmiła, że kończy swój dyżur, ale dalej zajmie się nami Pani Irenka. Na peirwszy rzut oka, nie wzbudziła we mnie zaufania, zupełnie nie wiem dlaczego. Bo to jeden z Aniołów Położniczych! Dawek znieczulenia miałam podanych pare, po pierwszej, gdy ból powoli wracał, a druga dawka jeszcze nie zaczęła działać, podszedł do mnie w podskokach mój mąż i mówi:

“Ale fajnie co? Rodzimy!!” odpowiedziałam tylko soczyste “s******” a on wrócił na swoje krzesło.

Trochę  akcja się przedłużała, zapewne znieczulenie miało w tym swój niemały wkład. Otatecznie Jaś pojawił się na świecie 13:05, tuż po tym jak usłyszałam od Pani Irenki:

“teraz wszystko zależy od Ciebie” –  no! 9 miesięcy czekałam na te słowa przyzwolenia!

Dobra, niecałe 9, bo oba porody byly w 38 tygodnu. Jasio urodził się dzień po dniu Babci i Dziadka – każdy musi mieć swoje święto, nie wpychamy się w daty innych 😀

Mimo wszystko nadal uważam, że wypoczęłam w trakcie swojego porodu. Tak wiem, nie każda może mieć takie wspomnienia. I nie każdy może pozwolić sobie, by w miejscu porodu, byli ludzie, którzy nie wyprowadzą cię z równowagi, bo działają na innych zasadach, niż placówka publiczna. Ale każdej życzę przynajmniej tak dobrego porodu, jak mój albo  lepszego!

Poród naprawdę może być piękny.

P.s.

Mężowie podczas porodu są nieocenionym wsparciem. I pęka mi serce na myśl, że teraz kobiety muszą rodzić samotnie. 

Bądźcie dzielne!

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Justletter

Jeżeli chcesz się zapisać prosimy o podanie swojego adresu email:

WYJUSTOWANI

WYJUSTOWANI

Wyjustuj z nami i znajdź coś dla siebie.

Będziemy tu zapewne poruszać sporo rozmaitych tematów, naszym odwiecznym problemem jest mnogość zainteresowań, która utrudnia nam wybieranie co tak naprawdę  chcielibyśmy w życiu robić. Może pomoże nam w tym ten blog?

Jesteśmy już rodzinką 2+2. Choć można też napisać, że 3+1, bo w domu trzech chłopów I ona jedna!

Pin It on Pinterest

Share This